Hej wszystkim. Mam na imię Rudolf, choć zwą mnie Rudi. Przyznam, że jestem psem po przejściach. Zostałem porzucony przez właścicieli na środku ruchliwego skrzyżowania. Pogoda w tamtym czasie nie sprzyjała. Było zimno, a ja nie miałem gdzie się podziać, spałem więc wtulony w krawężnik. Mijały dni i długie, mroźne noce. Ludzie dokarmiali mnie, podrzucali jedzenie. Byłem bardzo głodny i niezwykle smutny. Wyłem ile sił, mając nadzieję na to, że moi właściciele usłyszą i po mnie wrócą. Niestety, nie wrócili.
Któregoś dnia przyszła do mnie pewna Pani. Przyniosła mi posłanie, wodę do picia i jedzonko. Trochę się bałem, nieufnie patrzyłem na każdego, kto do mnie podchodził, na nią również.

rudolf

Pani jednak nie poddawała się i przychodziła do mnie regularnie, sprawdzając, czy mam co jeść. Byłem wdzięczny tej Pani, ale jednocześnie tęskniłem za moimi ludźmi. Ludźmi, którzy wyrzucili mnie jak niepotrzebną rzecz. Tak po prostu.
Chociaż powinienem dawno o nich zapomnieć i podejść do ludzi, którzy mi pomagają, to nie potrafiłem. Zwątpiłem w człowieka i jego dobre zamiary. Obiecałem sobie, że już nikomu tak prędko nie zaufam.
Z każdym, kolejnym dniem na dobre traciłem nadzieję, że ktoś po mnie przyjedzie, że moi właściciele się mną zainteresują. Na marne. Nadal mogłem liczyć jedynie na moją karmicielkę, która dzielnie próbowała mnie oswoić. Nie wiedziała, że nie jestem takim łatwym przypadkiem, jakby się mogło wydawać. Cóż, nie potrafiłem tak zwyczajnie odzyskać humor i zapomnieć o wszystkim złym, co mnie spotkało.
Pewnego dnia do miejsca, w którym przebywałem przyjechał samochód. Wyszło z niego dwóch Panów, którzy później próbowali mnie wsadzić do owego samochodu.
Nie dawałem im się tak łatwo złapać, chociaż w którymś momencie stwierdziłem, że dalsza walka nie ma sensu. Poddałem się i pozwoliłem zabrać z miejsca, które kojarzyło mi się tylko z beznadzieją i smutkiem.
Z tego, co usłyszałem, trafiłem na obserwację, ponieważ jakaś nieznana mi zupełnie osoba zadzwoniła do Straży Miejskiej, twierdząc, że jestem agresywny. I tak musiałem spędzić kilka dni na obserwacji, aby potem trafić do schroniska- miejsca, w którym jest tak dużo psów, że nawet sobie nie wyobrażacie.
Zakwaterowano mnie w boskie z dużą, ciepłą budą. Wreszcie mogłem spokojnie zasnąć, nie martwiąc się o zimno i silny wiatr.
Odwiedziła mnie nawet Pani, która karmiła mnie podczas mojej ulicznej tułaczki. Ludzie, którzy mnie otaczali sprawiali wrażenie dobrych i chcących mi pomóc. Nie odważyłem się jednak na to, aby dać się komukolwiek dotknąć. Chciałem poczekać i przekonać się, czy aby na pewno nie zrobią mi krzywdy. Zbyt wiele zła było już w moim życiu. Wiele cierpienia, bólu, zrezygnowania i zwątpienia.
Choć nie czułem się niepewnie, to najgorszy moment w nowym miejscu nastąpił wtedy, gdy założono mi obrożę. Zacząłem szarpać się z całych sił, chcąc uwolnić od tego straszliwego uczucia niewoli. Przypomniały mi się najokrutniejsze momenty z przeszłości. Poczułem to, co wtedy. Ból fizyczny był niczym w porównaniu z bólem psychicznym, uczuciem niewiedzy i strachu o to, co stanie się za chwilę.
Zapytacie: „Dlaczego? Przecież to tylko obroża”. Dla mnie to nie była „tylko” obroża. Obroża to bowiem najbardziej bezwzględne narzędzie, jakim torturował mnie mój właściciel. Tak, torturował. Gdy zrobiłem coś złego, a według mojego Pana byłem niegrzeczny. A nawet wtedy, gdy robiłem wszystko to, o co mnie prosił. Po prostu, żeby dać upust swym emocjom. Po wielu latach takich praktyk dodatkowo wylądowałem na zimnej ulicy. Jak śmieć, który wyrzucany jest do kosza. Dlaczego cierpiałem i tęskniłem? Dlaczego nie cieszyłem się, że mój oprawca i kat w końcu dał mi spokój? Być może dlatego, że go kochałem. Pomimo tego, jaki był dla mnie i jak wielką wyrządzał mi krzywdę. Kochałem go, ponieważ nie znałem innego traktowania. Nie rozumiem więc dlaczego teraz ludzie chcą założyć mi obrożę. Będą mnie na niej wieszać?! Znowu będę musiał czuć się tak okropnie jak kiedyś? Dlaczego?! Przecież jesteście dobrzy! A przynajmniej tak uważacie! Nie rozumiecie, że ja nie chcę już czuć uwięzi na mojej szyi?! Nie chcę się trząść ze strachu i wyć z bólu! Nie chcę!
Jeśli jesteście dobrymi ludźmi i próbujecie mi pomóc to dajcie mi spokój!!!
…proszę, błagam. Uwierzcie, to nie jest dla mnie łatwe…

Opiekunowie, widząc mój przeraźliwy strach zdjęli czym prędzej obrożę, choć już prawie była w strzępach. Odruchowo gryzę bowiem coś, co mam na szyi, chcąc się uwolnić. Byłem im niezmiernie wdzięczny za to, że zdjęli ze mnie ten straszny przedmiot i sobie poszli. Jednocześnie miałem do nich żal, chciałem zaufać, ale ponownie się zawiodłem.
Przychodzili do mnie co i raz, tłumacząc, że obroża nie jest niczym złym. Najpierw na każdego patrzyłem i słuchałem tego, co do mnie mówi, a następnie obszczekiwałem, aby sobie poszedł. Nie chciałem mieć nic wspólnego z kimś, kto zwie się człowiek.

Pewnego dnia przyprowadzono do mnie dużą, włochatą suczkę o imieniu Taja. Była bardzo spokojna i małomówna. W sumie ucieszyłem się, że będę mieć towarzystwo, ale jakoś nie mogłem pogodzić się z tym, że nie będę już sam spać w budzie.
– Może się przesuniesz? Chcę wejść do budy.
– Ja tu byłem pierwszy, nie możesz spać obok budy?
– Posłuchaj, mały koleżko. Nie będziesz mi mówić, co mi wolno, a co nie. Jestem miła, dopóki ktoś mnie nie zdenerwuje? Chcesz ryzykować?
Hmm, z racji tego, że Taja była trochę większa ode mnie i mówiąc te słowa nie wyglądała tak, jakby żartowała, posłusznie ustąpiłem jej miejsce. Była jednak na tyle miła, że nie powiedziała ani słowa, gdy położyłem się obok niej.
Pomyślałem wtedy, że chyba już nic gorszego mnie nie spotka od tej dziwnej znajomości. Ale wiecie co? Taja okazała się fajną przyjaciółką. Im więcej rozmawialiśmy, tym bardziej się do niej przekonywałem. Ona także nie miała łatwego życia, zgrywała twardą, ale w głębi duszy była wrażliwa i ciepła.
Przekonałem się o tym szczególnie wtedy, gdy zabrano ją na jakiś czas, a potem wróciła smutna i przygnębiona.
Okazało się, że pojechała na sterylizację. Po kilku dniach, gdy poczuła się dobrze, zawieziono ją do nowego domu.
Taja opowiadała, że było tam jak w bajce. Cisza, spokój, dookoła mnóstwo drzew. Był nawet staw. Poznała nowego kolegę. Kąpała się z nim nawet w tym stawie. Jej radość nie trwała jednak długo. Pani, która chciała ją przygarnąć rozmyśliła się, ponieważ zauważyła, że Taja kuleje. Wróciła do schroniska. Taka mokra, brzydko pachnąca i w dodatku załamana.
Jak miałem jej pomóc? Nie potrafię nikogo pocieszać, mnie nigdy nikt nie pocieszał.
– Taju, nie smuć się. Nie wiem jak Cię pocieszyć, nie umiem.
– Nie martw się Rudolf. Po prostu przy mnie bądź. To mi wystarczy…
Ujrzałem wtedy zupełnie inną Taję- uczuciową i taką kruchą, delikatną… przypomniałem sobie mnie z przeszłości. Po tym, jak mój Pan mnie torturował siadałem ze spuszczoną głową, trzęsąc się ze strachu i czując, że jestem niczym, że nic nie znaczę. Żałowałem, że w ogóle żyję.
W tamtej chwili odniosłem wrażenie, że Taja czuje się podobnie. Zawiedziona, nikomu niepotrzebna. Ludzie są bez serc. Tak łatwo przychodzi im ranienie. Nie myślą o tym, co my czujemy. Nie mają wyrzutów sumienia.

Mijały dni, miesiące. Któregoś dnia Tają zainteresowali się pewni Państwo. Patrząc na nic smutnym wzrokiem, powiedziała mi, że i tak jej nie zaadoptują. Wybiorą jakąś radosną, młodziutką sunię. I ku naszemu zdziwieniu właśnie ci Państwo zadecydowali, że Taja zamieszka z nimi! Ja się bardzo ucieszyłem, Taja troszkę mniej. Bała się, że znowu wróci, że niepotrzebnie narobią jej nadziei. Poradziłem, aby nie myślała o niczym złym. Miała skupić się na tych ludziach, pokochać ich, zaufać i cieszyć się życiem, a ja miałem trzymać mocno kciuki.
Choć troszkę posmutniałem, wiedząc, że wyjeżdża, kibicowałem jej i chciałem dla niej jak najlepiej. Udało się! Taja nie tylko nie wróciła z powrotem, ale jej opiekunowie wysłali nawet zdjęcia z nowego domu i pisali, że wszystko jest super!
No dobra, przyznam, że to sprawiło, że odrobinkę przekonałem się do dobrych chęci ludzi. Ale nie wszystkich. Wiem, że są na świecie ludzie o dobrych sercach, znowu w to wierzę. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że istnieją także ci źli, od których trzeba trzymać się z daleka.

Zastanawiałem się, czy opiekunowie w schronisku pomyślą o mnie i zapoznają mnie z jakąś nową koleżanką. Nie lubiłem już samotności. Długie rozmowy z Tają sprawiały, że czułem się lepiej.
Jaka była moja radość, gdy przyprowadzono do mnie dwie koleżanki! Nie wierzyłem własnym oczom! To jakiś żart?
Niestety, dziewczyny okazały się bardzo nieśmiałe, takie troszkę dzikie. Patrzyły na mnie jak na ufoludka i chowały się przede mną. Ludzi także się bały. Dopiero po kilku dniach prób rozmowy w końcu powiedziały mi, że wychowały się bez ludzi i nie wiedzą kim oni są i czego od nich oczekują. Wytłumaczyłem im wszystko. Opowiedziałem o schronisku, o moim życiu, o Tai.
Czułem się trochę jak ich mentor i nie powiem, spodobało mi się to.
Widziałem jak z dnia na dzień nabierają odwagi. Widziałem, że dają się głaskać ludziom, liżą ich po rękach, a te ręce- o dziwo- nie biją, nie ranią, a głaszczą. Dziwne.
Widziałem jak ludzie zakładają im obroże, a one pomimo strachu nie gryzą tych obroży tylko wychodzą gdzieś. Bałem się o nie, ale zawsze wracały szczęśliwe. One też mnie wiele nauczyły. Opowiedziały o tym, gdzie chodzą i dlaczego ludzie zakładają im obroże. Wychodziły na spacery do lasu. Widziały piękne krajobrazy, czuły tysiące zapachów i były blisko ludzi. Ci ludzie wcale nie robili im krzywdy. Przytulali je, czesali, drapali po grzbietach.
Dziewczynom spacery idą coraz lepiej. Przekonują mnie, żebym dał sobie w końcu założyć tę obrożę. Ja jakoś nadal nie mogę się przełamać. Ostatnio jeden z moich opiekunów wszedł do boksu. Od razu wiedziałem, że idzie do mnie. Dziewczyny prosiły, żebym się nie bał.
Spróbuję- pomyślałem. Opiekun założył mi obrożę na szyję. Nie zapinał jej mocno, nie czułem żadnego ucisku. Patrzyłem cały czas na każdy jego ruch, śledziłem wszystko dokładnie, aby wiedzieć kiedy uciec. Nie musiałem jednak tego robić. Po założeniu obroży opiekun pochwalił mnie, dał smakołyk i wyszedł. Zostałem z obrożą na szyi. Koleżanki stwierdziły, że pewnie po to, żebym się przyzwyczaił. Po paru godzinach obroża została zdjęta. Bez szarpania, z odrobinę mniejszym strachem.
I tak codziennie.
Przyznam, że raz miałem bardzo zły humor i pogryzłem obrożę. Bałem się, że gdy wróci opiekun nakrzyczy na mnie lub co gorsza mnie pobije. Tak się jednak nie stało.
Próby oswojenia mnie z obrożą nadal trwają. Czy się do niej przekonam? Tego nie wiem nawet ja sam. Pomimo tego, że chcę i próbuję, czasami wracają złe wspomnienia. Czuję się wtedy osaczony i odruchowo rozrywam to, co mam na sobie.

Cieszę się jednak, ponieważ dzięki przygodom Tajki i nieśmiałym Dziewczynom wiem, że ludzie nas otaczający chcą nam pomóc. Będę się dla nich starać i walczyć z lękami. Wiem, że to zwiększy moją szansę na nowy dom. Może nie robię jakichś wielkich postępów, ale nie potrafię tak szybko, jak inni. Potrzebuję czasu. Obiecuję, że któregoś dnia wyjdę na spacer. Pokocham ludzi i odzyskam wiarę w nich. Na pewno lepiej poczułbym się we własnym domu, gdzie byłoby cicho i spokojnie, a ludzie- moi nowi, wspaniali ludzie- byliby przy mnie cały czas.
Trzymajcie za mnie kciuki, ponieważ wiem już, że są i dobrzy ludzie na tym świecie.