Przyszła teraz kolej na mnie. Dostałem od swojego Pana piękne imię- Jack. Moja mama ma na imię Sara. Historia ta będzie nie tylko o moim życiu, ale o naszym, ponieważ stanowimy jedność i nie możemy się rozstawać. Zaraz dowiecie się dlaczego.

Przyszedłem na świat jakieś niecałe 7 lat temu. Mama ogromnie cieszyła się z moich narodzin, ponieważ byłem jej jedynym dzieckiem. Nasz Pan postanowił, że zostanę z nimi i nie oddadzą mnie do innej rodziny. Sara często opowiadała o moim dzieciństwie, twierdziła, że byłem niezłym rozrabiaką. Gdy rosły mi ząbki wszystko gryzłem. Każdy nowy koc w naszej budzie nie mógł długo być w jednej części. Moją pasją było rozbieranie wszystkich przedmiotów na czynniki pierwsze. Byłem po prostu ciekawy życia. Gdy miałem roczek nieco się uspokoiłem. Sara uczyła mnie wszystkiego, radziła jak mam się zachowywać. Moja mama jest bardzo mądra, do tej pory się jej słucham, ponieważ wiem, że zawsze ma rację. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wychowała mnie na godnego psa i dzięki niej jestem taki dzielny. Nigdy nie pozwalała mi się poddać, dopingowała mnie i powtarzała, że będzie dobrze. Sara, moja mama jest moim przewodnikiem. Nie tylko mentalnym, który radzi jak żyć, ale także fizycznym, ponieważ straciłem wzrok. Tak, to nie jest łatwe. Przyznam, że gdy pewnego dnia otworzyłem rano oczy i widziałem jak przez mgłę, przeraziłem się. Pomyślałem na początku, że to tylko chwilowe, że zaraz przejdzie. Niestety, nie tylko nie przechodziło, ale z każdym dniem było coraz gorzej…

Ogromnie obawiałem się, że gdy nasz Pan zauważy to, że nie widzę, będzie chciał się mnie pozbyć. Sara pocieszała mnie, obiecała, że nie pozwoli na to i zrobi wszystko, aby nic mi się nie stało. Niestety prawda szybko wyszła na jaw. Pan codziennie wołał nas na jedzenie. Któregoś dnia niefortunnie wbiegłem prosto na niego… Zauważył. Kucnął przy mnie, złapał za łepek i spojrzał prosto w oczy. Czułem, że w nie patrzy, ale niewiele widziałem. Ogarnął mnie strach, zacząłem się trząść.
– Saro, on to zobaczył! Wygoni mnie stąd! Nie będzie chciał mieć ślepego psa!
– Nikt Cię nie wygoni! Spokojnie!
To była chwila, ale dla mnie trwała wieki. W końcu puścił mnie, poklepał po grzbiecie i odszedł.
O co chodzi? To poklepanie było dziwne, jakby chciał mi przekazać, abym się nie przejmował. Całą noc nie spałem, zastanawiając się jak będzie wyglądać kolejny dzień. Przeczuwałem, że coś się stanie.
– Saro, myślisz, że Pan jest na mnie zły?
– Oczywiście, że nie! To nie Twoja wina! Nasz Pan to dobry człowiek, nie zostawi Cię tylko dlatego, że przestałeś widzieć.

sara i jack

Rzeczywiście, może Sara ma rację- pomyślałem. Nasz Pan bardzo nas kochał. Mieszkaliśmy z nim tylko my. Jego dzieci wyprowadziły się już dawno, jeszcze przed moimi narodzinami. Żona naszego Pana umarła, bardzo chorowała. Pamiętam dzień, gdy dowiedział się o jej śmierci. Siedział w oknie kilka dni, patrzył w dal, jakby chciał gdzieś ją ujrzeć. Któregoś razu przyszedł do nas, chciał nie płakać, ale nie był w stanie. Powiedział nam, że życie jest niesprawiedliwe. Zabrało najdroższą jego sercu osobę. Kogoś, na kim mógł polegać i kogoś, kto był jego największym przyjacielem. Bardzo tęskni za swoją żoną, zrobiłby wszystko, aby wróciła choć na chwilę…
Biedny Pan, tak bardzo było nam go żal. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Nie wiedziałem, jak mu pomóc. Po prostu przy nim byliśmy w tych trudnych chwilach.
Nasz Pan był nie tylko głową rodziny, ojcem i mężem, ale dobrym człowiekiem o wielkim sercu. Nie porzuciłby mnie tylko dlatego, że nie widzę…

Rano przyjechał do nas Pan doktor, obejrzał moje oczy i powiedział, że mam zaćmę. Operacja to duże ryzyko więc nie da się z tym nic zrobić.
Z racji tego, że od dawna starałem się ukrywać przed Panem mój problem, nauczyłem się z nim żyć. Pogodziłem się z tym, że nie widzę. Miałem Sarę, moją kochaną mamę. Ona była moimi oczami. Dlatego też słowa Pana doktora nie wywarły na mnie większego niepokoju. Nie nastawiałem się na cud. Ważniejsza w tej chwili była dla mnie reakcja Pana. Stałem spokojnie, ale serce waliło mi jak szalone. Czekałem na te słowa jak na wyrok. Sara zauważyła, że się denerwuje. Podeszła bliżej i stanęła obok mnie, dotykając swym miękkim futerkiem. Teraz już mogłem usłyszeć wszystko.
– Biedny, kochany Jack. Mam nadzieję, że nauczysz się z tym żyć. Chciałbym Ci pomóc, ale nie jestem w stanie. Nie przejmuj się jednak, masz Sarę, ona Ci pomoże.
Nie wierzyłem! Pan nie tylko przyjął ze spokojem wiadomość o mojej ślepocie, ale nawet mi współczuł!
– Mówiłam Ci. Znam go od wielu lat, poza tym gdyby kazał Ci odejść, odeszłabym z Tobą.
– Dziękuję! Dziękuję! To nic, że nie widzę! Cieszę się, że mam Ciebie! Nasz Pan jest wspaniały, będę mu wdzięczny do końca moich dni. Tak bardzo jestem szczęśliwy…

Brak możliwości widzenia świata to dziwne uczucie. Odkryłem, że wyostrzył mi się słuch i węch. Teraz odbierałem wszystko zupełnie inaczej. Zapach jedzenia, pór roku, zapach naszego Pana i mojej kochanej Sary. Wszystko było inne, ciekawsze. Moja najwspanialsza mama opowiadała mi o wszystkim, co widzi. Widziałem więc, ale oczyma wyobraźni. Szczerze mówiąc może być to lepsze niż rzeczywistość. Można wyobrażać sobie, jak piękny jest świat dookoła nas. Ślepota to nie ułomność. To jedynie inny stan. Gdy się z nim pogodzi i nauczy z niego korzystać, życie może być naprawdę piękne.

Mijały kolejne lata, podczas których żyło mi się zadziwiająco dobrze. Nauczyłem się wszystkiego na pamięć. Każdy kąt naszej posesji, budy. Wiedziałem gdzie rośnie każdy kwiatek i uważałem, aby żadnego nie uszkodzić. Mogłoby się wydawać, że już tak będzie zawsze. Bezpieczne, stabilne życie u boku człowieka, który nas kocha i o nas dba. Niestety, tak jak kiedyś powiedział nasz Pan, owe życie potrafi być niesprawiedliwe. Nie można zbyt długo cieszyć się i żyć w przekonaniu, że zawsze już będzie dobrze. Nasz wspaniały, jedyny Pan zaczął chorować. Coraz rzadziej nas odwiedzał. Z czasem zaczął karmić nas Pan z opieki społecznej. Był zupełnie inny. Nasz Pan zawsze szepnął nam miłe słówko, poklepał po łepkach, podrapał za uszkiem. Pan z opieki społecznej tylko przynosił miski z jedzeniem i odchodził. Bez słowa.
– Jak myślisz Saro, co się dzieje z naszym Panem?
– Nie wiem Jack, prawdopodobnie jest już na tyle słaby, że nie może sam do nas przyjść.
– Szkoda, że nie możemy go odwiedzić w domu. On pewnie pozwoliłby nam wejść, ale ludzie, którzy się nim teraz zajmują nie wyrażą na to zgody…
– Myślę o tym każdego dnia Jack. Kocham naszego Pana i serce mi krwawi wiedząc, że możemy już go nie zobaczyć…

Obawy Sary niestety sprawdziły się… Po kilku dniach nasz kochany Pan zmarł…
Nie mieliśmy nawet okazji do tego, aby się z nim pożegnać. Przypomniał mi się wtedy widok Pana siedzącego za oknem i szukającego gdzieś w oddali swej żony. Tak bardzo wtedy cierpiał.
Nie wiem, czy nasze cierpienie z powodu jego odejścia można porównać z jego cierpieniem po utracie żony, ale wiem jedno- dla nas to był najgorszy dzień. Nieporównywalny z tym, w którym przestałem widzieć. Sara była w strasznym stanie, choć jej nie widziałem, to czułem, że jest ogromne smutna. Wylała morze łez. Nie odzywała się do mnie, wciąż płakała.
– Saro, moja wspaniała mamo. Nie płacz już, proszę.
– Jack… nic nie rozumiesz…
– Czego nie rozumiem? Powiedz mi, proszę.
– Tak bardzo go kochałam. Przygarnął mnie z ulicy. Nie miałam niczego- domu, ludzi, ani nadziei na to, że będzie lepiej. On mi pomógł, zmienił moje życie. Dzięki jego dobroci mam Ciebie. Pozwolił na to, żebyś ze mną został. Bardzo nas kochał. Niestety tylko on darzył nas prawdziwą miłością. Nie miał bliskich, był sam. Straciliśmy nie tylko naszego Pana, stracimy także nasz dom… Nikt nas już nie uratuje…
– Dlaczego tak mówisz? To niemożliwe, przecież jesteśmy tu od zawsze…
– To dla nikogo nie ma żadnego znaczenia. Ludzie pozbędą się nas…
– Saro, nie chcę wierzyć w to, co mówisz! Nasz Pan przed odejściem na pewno poprosił ich o to, aby się nami zaopiekowali!
– W to nie wątpię, ale mało jest ludzi o dobrym sercu, jak nasz Pan. Nikt się nami nie zaopiekuje…
Słowa Sary sprawiły, że się załamałem. Niczego już nie byłem pewien.

Po kilku dniach odwiedzili nas ludzie. Jakaś Pani podeszła do nas i miłym głosem powiedziała, że zabiera nas do schroniska.
Założyli nam obroże i poprosili, abyśmy z nimi poszli. Szczerze mówiąc byłem już obojętny na wszystko. Sara nie chciała iść, rozpaczała, krzyczała, że chce tu zostać.
– Saro, miałaś rację. Nikt nie chce się nami zająć. Ale nie upierajmy się, niczego nie zmienimy. Chodźmy już, nie jesteśmy tu nikomu potrzebni…
Sara opadła z sił, poddała się i poszliśmy za ludźmi ze schroniska…
W jednej chwili straciliśmy wszystko. Nie dość, że los zabrał nam ukochanego Pana to jeszcze teraz musimy się po prostu wynieść. Nie możemy się bronić. Człowiek decyduje za nas.
Nasz Pan nie pozwoliłby na to, ale jego już nie ma. Zostaliśmy skazani na decyzję zupełnie obcych ludzi, którzy nas nie znają i nie wiedzą, jak wspaniałymi jesteśmy przyjaciółmi. Najgorsze w takim momencie jest poczucie bezsilności. Najbardziej szkoda mi było Sary. Już raz została porzucona. Myślała, że to się nigdy nie powtórzy… Miałeś rację nasz drogi Panie- życie jest niesprawiedliwe…

Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do schroniska. Tak, to koniec. Nie odwrócimy już wydarzeń, nie przywrócimy życia naszemu kochanemu Panu. Czy to jest koniec wspaniałego życia? Czy nas rozdzielą? Nie mogą tego zrobić! Ja przecież nie widzę, bez Sary zginę!

Kiedy dotarliśmy na miejsce, Pani o miłym głosie podeszła do nas i poprosiła, abyśmy wyszli i niczym się nie przejmowali. Przechodziliśmy obok innych psów, strasznie na nas szczekały. Bałem się, ponieważ nie wiedziałem co będzie dalej. Zastanawiałem się, czy nikt nie zrobi nam krzywdy. Nie widziałem tych ludzi, czułem jedynie ich zapach. Nie mogłem spojrzeć im w oczy, zobaczyć, czy mają dobre zamiary. Wciąż pytałem Sarę o to, gdzie idziemy i co robią ludzie. Spokojnie odpowiadała na każde moje pytanie. W końcu doszliśmy do miejsca, które stało się odtąd naszym domem.

Po kilku dniach pobytu w schronisku zaczęliśmy przyzwyczajać się do nowego życia.
Wiecie co? Nie rozdzielono nas! Nasi opiekunowie okazali się bardzo dobrymi ludźmi. Współczuli nam utraty Pana i obiecali, że zrobią wszystko, abyśmy czuli się komfortowo. Obietnicy dotrzymali. Nie muszę się o nic bać. Choć nie widzę to wiem, że nie grozi nam tu krzywda. Ludzie karmią nas pysznym jedzonkiem i zawsze powiedzą coś miłego. Choć nie poświęcają nam tyle czasu, co nasz Pan to jesteśmy im niezmiernie wdzięczni. Rozumiemy przecież, że ich jest mało, a nas- psiaków o wiele, wiele więcej.
Uwielbiam momenty, gdy odwiedzają nas wolontariusze. Przychodzą ze szczotką i czeszą nasze futerka. Następnie wychodzimy na długi spacer. Zawsze idę tam, gdzie moja Sara. Nie odstępuję jej na krok. Gdy jednak mama oddali się na tyle, że nie mogę jej odnaleźć, trzymam się osoby, która wyprowadza mnie na spacer. W pełni przyzwyczaiłem się do życia w ciemności. Nie czuje się gorszy, ponieważ dobrze mnie tu traktują.

Czasami tylko ludzie, którzy przychodzą do schroniska w poszukiwaniu psa potrafią podciąć nam skrzydła…
Boli mnie, gdy słyszę słowa „Uuu, jakieś stare te psy. A ten jeden jest ślepy… idźmy dalej”.
To, że nie mamy 2 lat nie oznacza, że jesteśmy starzy. Dlaczego ludziom podobają się tylko młode psy…? Często zadaję sobie to pytanie. Wyobrażam sobie wtedy moją wspaniałą Sarę i widzę piękną, dojrzałą sunię, która jest stateczna i kochana, jak nikt inny. W czym zatem jest gorsza od psa, który jest młodszy? Nie powinien liczyć się wiek. Przecież najważniejszy jest charakter!

Zdarzają się przypadki, gdy starsze psiaki idą do domów. Dafne przecież miała 10 lat, a Edgar 8 lat i mają już swoich kochanych ludzi. Nie muszą martwić się o następny dzień. Nie muszą żyć złudną nadzieją i czekaniem. Liczę na to, że i nam się powiedzie! Jesteśmy taką wspaniałą parą. Nie w głowach nam psoty i niszczenie czegokolwiek. Wystarczy nam miłość. Czy to tak wiele? Nie chcemy więcej! Chcemy tylko miłości! My potrafimy kochać szczerze i trwale. Nie zależy nam na wieku, ani wyglądzie ludzi. Wystarczy dobre serce!

Proszę w imieniu moim i Sary- nie myślcie, że starsze psy nie będą potrafiły odnaleźć się w nowym miejscu. Obiecujemy, poradzimy sobie z tym lepiej niż Wam się wydaje!
Skoro udało nam się zaaklimatyzować w schronisku, pogodzić z utartą najdroższej nam osoby, uda nam się poczuć dobrze w nowym domu. Będzie nam cudownie wszędzie tam, gdzie będą ludzie.

Jak widać my, psy, nie jesteśmy wymagające. Kochamy bez pamięci prawdziwą, czystą miłością. Nie chcemy niczego w zamian. Docenimy każdy, nawet najmniejszy gest dobroci. Jeśli jednak nie będziecie mieć czasu- nie szkodzi. Wszystko rozumiemy.
Wy, ludzie macie to do siebie, że codziennie gdzieś pędzicie. Często się denerwujecie, płaczecie, mówicie, że macie dosyć. Wasz dzień mija zapewne bardzo szybko. Nasz z kolei okropnie się dłuży… najgorsze jest jednak to, że nie wiemy co nas czeka. Boimy się o tym myśleć.
Wielu ludzi przychodzi, ogląda i odchodzi… Z każdą taką odchodzącą osobą tracimy jakiś kawałek nadziei… To przykre…
Nasz los zależy od Was. Tylko Wy możecie go zmienić, sprawić, że odzyskamy wiarę i będziemy mogli beztrosko cieszyć się każdym dniem.
Proszę, nie przechodźcie obojętnie obok istot, które pomimo cierpienia i smutku, jakie spotkały je w życiu chcą na nowo zaufać i czuć, że są przez kogoś kochane.
Pies ze schroniska czeka na Was bezustannie. Pies ze schroniska pokocha Was mocniej, niż ktokolwiek inny. Miłość nie ma wyglądu, ani wieku. Sama w sobie jest piękna i wyjątkowa. Pamiętajcie o tym.

Sara odeszła w Walentynki…